Nie będzie dla nikogo wielkim zaskoczeniem (bo można to było wywnioskować z moich poprzednich recenzji) kiedy powiem, że jestem „klimaciarzem” – osobą, która nawet w przysłowiowej kupie węgla (niech będzie, że węgla…), potrafi znaleźć coś pięknego i stworzyć z tego jakąś historię… Dlatego dużo chętniej sięgam po gry ameri, w przeciwieństwie do mojej żony, która jest typową eurograczką 😀
A jeśli dodatkowo w grze jest tryb, w którym możemy komuś wbić nóż w plecy, lub wrzucić do maszyny przerabiającej rywala na mielonkę, czy też utopić w wannie pełnej kwasu…

Otrzymujemy „Pokój – 25”, grę kooperacyjną przeznaczoną dla 2-6 graczy, w Polsce wydaną przez Rebel.

Ogólne założenie jest bardzo proste – wraz z grupką innych ludzi zostaliśmy uwięzieni w miejscu składającym się z dwudziestu pięciu pokoi, a naszym celem jest dotarcie do tytułowego „pokoju 25”, przez który prowadzi jedyna droga na wolność. Dodam do tego, iż całość jest programem reality show, a nasze zmagania obserwują widzowie.

Brzmi znajomo? Owszem, a Waszym pierwszym skojarzeniem (jeśli macie więcej niż 20 lat) będzie zapewne film „The Cube” lub (jeśli macie mniej niż 20-tke) „Igrzyska Śmierci”, tudzież „Więzień Labiryntu”.
I tym właśnie jest ta gra – twórcy, aby nie tracić za dużo środków na licencję (i zapewne spożytkować je na coś innego, ale raczej niekoniecznie związanego z tą grą..) zatytułowali ją po prostu „Pokój-25”, choć wszyscy wiedzą czym tak naprawdę jest – „The Cube” pojawia się nawet w instrukcji i opisie gry, zapewne po to, aby nikt nie miał wątpliwości…

Gra stara się być klimatyczna – już samo pudełko, które kusi nas swoją piękną błyszczącą okładką zapowiada nam, czego możemy się spodziewać wewnątrz i… Nie do końca tak jest..
Zacznijmy po kolei.
Mamy do wyboru 6 postaci, każda posiada swoją kartę postaci, figurkę i żetony akcji (dla każdego bohatera identycznych) – możemy tutaj spotkać takie persony, jak Max, Frank, Alice, Jennifer, Emett i jakiś grubszy koleś. Trudno powiedzieć o nich cokolwiek więcej, ponieważ nie posiadają żadnych cech charakteru, nie pokuszono się nawet o jakiś zalążek ich historii, o specjalnych, indywidualnych akcjach, z których mogliby skorzystać podczas gry nawet nie wspominając…
Są, bo są i równie dobrze moglibyśmy wziąć znaczniki policjantów z „Listów z Whitechapel” lub meeple z „Carcassonne”, a efekt byłby taki sam. Nie potrafimy się utożsamić z bohaterami i w sumie to nam wszystko jedno, czy w końcu przeżyją, czy nie, to są to anonimowi NPC, którzy trafili do „Pokoju” pewnie w wyniku „nieszczęśliwego zbiegu okoliczności”.
Jedyną postacią, przy której twórcy postanowili do nas mrugnąć okiem jest Emett – stylizowany na naukowca z „Powrotu do przeszłości”, ale to nawiązanie też wyłapią jedynie ci, którzy ten film znają..

Tak więc karty postaci są jedynie kartami pomocy, na których mamy opisanie działanie wszystkich pokoi, znajdujących się w grze.
Jednakże i to zrobiono niedokładnie.
Dlaczego?
Wiele opisów pokoi na kartach jest urwanych, zupełnie jakby dano za duży font i całość tekstu nie zmieściła się w polu na niego przeznaczonym. Pół biedy, jeśli brakuje jednego lub dwóch słów, jednak w przypadku kilku pokoi nie ma połowy opisu – wtedy trzeba się domyślać reszty treści lub sięgać po instrukcję. Słabo.

Jest jeszcze jeden słaby punkt tej gry – czasami zdarza się, że giniemy na samym początku partii. Serio – jeśli mamy pecha, to już na początku wejdziemy do pokoju z pułapką, która zabija nas na miejscu, najczęściej zaś jesteśmy tam wpychani przez strażnika lub innego gracza. W takim wypadku pozostaje nam jedynie pójść zaparzyć kawę reszcie, ponieważ po śmierci nie mamy żadnego wpływu na grę.
Rekompensuje to trochę szybkość rozgrywki, ponieważ pojedyncza partia trwa około 20 minut, ale i tak opcja śmierci w pierwszy ruchu i bezczynne siedzenie przez kolejne kilkanaście minut wygląda bardzo słabo…

Alternatywnie można sobie zagrać w „Drogę do szaleństwa” – trwa tyle samo, tylko trzeba namówić któregoś ze współgraczy do gry na dwa fronty 😉

Żeby nie było, że tylko narzekam, „Pokój 25” to bardzo przyzwoita gra, która posiada sporo zalet.
Przede wszystkim zasady, które da się wytłumaczyć w kilka minut i można spokojnie siadać do gry.
Ponadto oferuje aż 5 trybów rozgrywki, w których każdy znajdzie coś dla siebie – i ci, którzy lubią rywalizację, i zwolennicy kooperacji, jest również tryb z ukrytymi tożsamościami, pomyślano nawet o solistach.

„Pokój-25” to jedna z tych gier, które tym więcej zyskują, im więcej osób w nie gra. Mało tego, niektóre z wariantów rozgrywki można rozegrać dopiero przy 4-6 osobach.  Najciekawszym trybem (naszym zdaniem) jest tzw. „podejrzliwość”, w której wśród uciekinierów może (a przy grze 6-osobowej musi) pojawić się strażnik, któremu zależy na tym, aby nie dopuścić do wygranej reszty graczy. Musi maksymalnie utrudniać ucieczkę lub po prostu wykończyć dwójkę uciekinierów. Cała zabawa polega na tym, aby jak najpóźniej ujawnić swoją prawdziwą tożsamość, aby reszta miała jak najmniej czasu na reakcję (chyba domyślacie się, kto najchętniej byłby strażnikiem, ale najrzadziej na niego trafiał w losowaniu…).

Najsłabszym trybem (moim zdaniem) jest wersja kooperacyjna, która nie wnosi jakiś specjalnych emocji do rozgrywki, dużo ciekawiej sprawdza się wariant rywalizacyjny/drużynowy, w którym albo jako drużyna musimy uciec z budynku, opcjonalnie zabić drużynę przeciwną (co się zupełnym przypadkiem zdarzało najczęściej;)
Zawsze daję grze plusa za wariant solo, ale w tej grze lepiej rozpatrywać go w ramach ciekawostki, bo jest jeszcze nudniejszy od trybu kooperacji. Jeśli chcecie w coś pograć solo, to lepiej sięgnąć po Robisona, Scythe, Agricolę czy nawet Pana Lodowego Ogrodu:)

Nie wspomniałem o jeszcze jednej rzeczy – obszar, z którego musimy uciec, budujemy za pomocą grubych, tekturowych kafli. Jest ich dość sporo, a w poszczególnych trybach wykorzystujemy jedynie część z nich, do tego układ jest zawsze losowy, co ma wpływ na regrywalność. Musimy jednak pamiętać o tym, że kafle te przesuwamy po stole, obracamy (podważając paznokciami) przez co ulegają zniszczeniu, a w przypadku tej gry znaczone kafle mają taki sam wpływ na rozgrywkę, jak znaczone karty do pokera – jeśli będziemy wiedzieć, że pokój z pułapką zabijającą nas natychmiast ma wyszczerbiony jeden z rogów – zawsze będziemy go omijać. Warto mieć to na uwadze, gdy korzystacie z tej gry. Wśród samych pomieszczeń są zarówno takie, które pomagają graczom (zazwyczaj są to po prostu puste, bezpieczne pokoje), takie, które mogą nas zabić, ale dają nam możliwość ucieczki oraz te, w których śmierć wita nas, kiedy tylko wetkniemy czubek nosa do danego pokoju.

Reasumując – „Pokój-25” to przyzwoita gra, która posiada sporo zalet (prostota zasad, szybkość rozgrywki, kilka różnorodnych trybów gry), ale niestety nie jest pozbawiona wad. Część z nich została zniwelowana przez „Sezon 2.” czyli dodatek do „Pokoju”, jednak w tej recenzji skupiam się na podstawowej grze i w niej te wady są. Dobrze sprawdza się jako szybki przerywnik lub wstęp do czegoś poważniejszego, lub po prostu jako gra, którą chcecie pokazać znajomym, aby wciągnąć ich w nasze hobby. Będą się przy niej dobrze bawić zarówno ci, którzy szukają lekkiej gry kooperacyjnej, jak i psychopaci uwielbiający negatywną interakcję i wykańczanie przeciwników… To jak, po której stronie staniecie?:D


1 Comment

GRY PLANSZOWE W PIGUŁCE #1057 - Board Times - gry planszowe to nasza pasja · 8 listopada 2017 o 20:35

[…] Board Games Addiction umiera na chwilę przed ucieczką w Room 25. […]

Nie bój się, komentuj! :)