Muszę się do czegoś przyznać – nigdy nie grałem w oryginalnego i prawdziwego Monopoly.
Kiedy byłem małym Starkiem grywało się w domu w „Eurobiznes” (jak zapewne spora część z Was), ale na Monopoly w swoim dorosłym życiu nigdy się nie skusiłem.
Nie raz byłem o krok, kilka raz miałem już w ręku jednego z miliarda klonów Monopoly (raz bo Avengers, drugi raz przy Assassins Creed, a ostatnio przy Monopoly Dragon Ball), ale zawsze w ostatniej chwili cofnąłem się i odłożyłem grę na półkę (lub cofnąłem zamówienie online).
Dlaczego?
Bo to zawsze było to samo Monopoly – różniła się jedynie licencją i często taki cross – over wyglądał dość komicznie (parking z samochodem w Assassin’s Creed? więzienie w Dragon Ball?).

Tym razem jest nieco inaczej. I nie ma się co oszukiwać – „Monopoly Gamer” to nie Monopoly.
To Mario Kart przeniesione na planszę, a z Monopoly mamy tutaj tak naprawdę 3 rzeczy:
– napis,
– pole „idziesz do więzienia”,
– więzienie.
Owszem, możemy kupować nieruchomości (w tym wypadku krainy znane z różnych odsłon gier o hydrauliku), jednakże w tej wersji mają one znaczenie drugorzędne.

Co wobec tego jest esencją Monopoly Gamer?
To samo, co w grze wideo – jazda po wyznaczonych trasach przez różne krainy, zbieranie dopałek w postaci np żółwich skorup i robienie z nich użytku (czytaj – podkładanie świni, tfu, żółwia! innym uczestnikom wyścigu) – i dokładnie na tym polega rozgrywka.
Nadal rzucamy kostką i poruszamy się po planszy o tyle pól, ile oczek nam wypadnie, jednakże tym razem mamy do dyspozycji drugą kość, która daje nam różne wspomagacze, m.in.:
– zieloną skorupę, którą rzucamy w postać przed nami, w efekcie czego upuszcza monety na polu, na którym aktualnie stoi,
– czerwoną skorupę, którą rzucamy w dowolnego gracza (i on też z wrażenia upuszcza kasę na planszę);
– duszka, który tak przeraża wszystkich (poza nami, bo przecież to nasz zaprzyjaźniony duch), że upuszczają kasę,
– monety, które pobieramy z banku.

Jak widać – większość z tych akcji sprawia, że monety lądują pod nogami bohaterów i tylko czekają, aż następna postać je podniesie. Nie brzmi jak Monopoly, prawda?

Ponadto na planszy mamy nie tylko obszary znane z gier, ale też charakterystyczne „obiekty”:
– złoty sześcian ze znakiem zapytania, który – a jakże! – daje nam kolejne monety,
– wściekły sześcian z kolcami, który nas rani i zmusza do porzucenia części monet;
– zielone rury hydrauliczne, służące do szybszego przemieszczania się po mapie (pomiędzy jedną, a drugą rurą).

Ale to nie koniec!
Monopoly to gra, która jest synonimem tzw „neverending story” – można w nią grać do usr… bardzo długo. „Monopoly Gamer” wprowadza zmiany również i w tej kwestii!
Teraz przechodząc przez pole START oprócz pozyskiwania kolejnych monet, trafiamy na bossa, z którym możemy (ale nie musimy) stoczyć walkę. Wygrana daje nam punkty zwycięstwa oraz jednorazowy profit, porażka zaś… przechodzi bez echa. Takich bossów mamy w talii ośmiu, więc jak łatwo policzyć, wystarczy swoim bohaterem przejść 2-3 razy przez pole START i gra się kończy.

Jak więc widać – ta gra ma tak naprawdę niewiele wspólnego z klasycznym Monopoly, a nawet elementy wspólne zostały poprawione i dopracowane. Nie jest to kolejny klon „na licencji”, nie jest też żadną rewolucją w temacie Monopoly. Jest ewolucją, która zmierza w dobrym kierunku.

Warto wspomnieć o tym, że w podstawowej wersji gry mamy tylko 4 postaci: Mario, Księżniczkę Peach, Yoshi’ego oraz Donkey Konga. Jeśli ktoś chciałby zagrać jako Luigi, czy sympatyczny grzybek Toad (lub np. Mario na dopalaczach;) musi dokupić dedykowane paczuszki z kolejnymi bohaterami. Każda taka paczuszka zawiera nową figurkę, kartę postaci oraz naklejkę – gratka dla kolekcjonerów, łącznie można zebrać 8 postaci dodatkowych, co znacznie urozmaica grę.

Na koniec kilka słów o wykonaniu. Gra jest przepiękna (co widać na zdjęciach) – żywe kolory, ślicznie pomalowane figurki, dwie duże kostki, ładne karty postaci, bossów i krain – wszystko bezwzględnie kojarzące się ze światem wykreowanym przez lata we wszystkich grach wideo traktujących o Mario.
Jedyne do czego można by się przyczepić, to grubość kart – są cienkie i śliskie, przez co łatwo mogą ulec zniszczeniu. Co prawda nie miętolimy ich w dłoniach, tylko leżą na stole, ale i tak uważam, że mogłyby być trochę lepiej wykonane.

Pora podsumować tę krótką recenzję.
Wiem, że nie będzie łatwo, bo to Monopoly, gra z góry skazana na falę hejtu i prześmiewczych komentarzy. Mój znajomy, kiedy zobaczył w co gramy, stwierdził z ironią „widzę, że masz masę wolnego czasu, skoro grasz w Monopoly!”
Mimo wszystko polecę tę grę tym wszystkim, którzy nienawidzą Monopoly. Dlaczego? Bo to zupełnie inna gra. To krok na przód, w dobrą stronę – naprawia błędy poprzedniczek, wprowadza pewne nowości, a do tego uderza w sentymentalne nuty. Rozgrywka nie trwa wieki, ma początek i jasno określony koniec, można zaszkodzić przeciwnikowi na kilka sposobów, a przy okazji podziwiać cudowne wykonanie. Nadal kupujemy nieruchomości (krainy), ale bardziej skupiamy się na wyścigu, pościgu i rzucaniu skorupami w innych graczy. I tak naprawdę gra mogłaby nie mieć napisu „Monopoly”, a plansza mogłaby być zupełnie inna (tor z zawijasami, skrótami, itd). Warto zagrać, zwłaszcza jeśli macie młodszych graczy w grupie lub jeśli wychowaliście się na grach z „pegasusa”. Ja grałem ze swoim 5-letnim chrześniakiem i trudno powiedzieć, który z nas bawił się lepiej 😉


Nie bój się, komentuj! :)