Wśród licznych zalet pracowania na recepcji, jest jedna niezaprzeczalna wada – nocki. Jednakże i w pracy w nocy można znaleźć jakieś plusy (zwłaszcza jak ma się dostęp do internetu i komputer z głośnikami). Ja właśnie w ten sposób poznałem pewne ikoniczne trio, dzięki któremu nie tylko czas płynął szybciej, ale i dowiadywałem się, że „some say…” 😉

Dlaczego do tego nawiązuję? Ponieważ gra, o której dzisiaj chcę Wam opowiedzieć w dużym stopniu przypomina mi właśnie „klasyczne” odcinki Top Gear, w których Clarkson, Chomik i Kapitan Snuja często budowali różne dziwne pojazdy, którymi następnie stawali do wyścigów. Zazwyczaj twory te rozpadały się między startem, a metą, rzadko kiedy dojeżdżając w całości, a sam wyścig sprawiał chłopakom tyle samo radości, co przeszkadzanie sobie wzajemnie w jego trakcie.

I takie właśnie są „Gretchiny” – najnowsza gra od wydawnictwa Black Monk Games, na licencji Games Workshopu (brzmi poważnie!). Gracze wcielają się w niej w małe, zielone gretchiny, które stają do wyścigu w pojazdach zbudowanych z tego, co akurat wpadło im w łapy. Wygrywa ten, który jako pierwszy dojedzie do mety i najlepiej będzie unikał pocisków rywali… Brzmi znajomo?;)

Losujemy jeden z dostępnych klanów, posiadających unikalną cechę (lub gramy klanami podstawowymi, bez dodatkowych umiejętności), wybieramy swoją furę w ulubionym kolorze (Red goes fastah!), umieszczamy wszystkie fury na starcie, przed nimi układamy pierwsze karty terenów, po których będziemy się ścigać (reszta trasy będzie się rozwijać w miarę, jak będziemy się przemieszczać i może przybrać naprawdę dziwne kształty, ponieważ ogranicza nas tylko powierzchnia, na której toczy się wyścig), dobieramy karty ataku na rękę, 3 kostki akcji i możemy zaczynać woj… wyścig!

Rozgrywka jest szybka, dynamiczna i mocno chaotyczna – jak to podczas prawdziwego wyścigu. Gracze jednocześnie rzucają swoimi kostkami akcji tak długo, aż uzyskają wyniki, które ich satysfakcjonują, następnie gracz, który pierwszy wyrzuci pasujące mu wyniki krzyczy głośno WAAAAGH!!! 
W tym momencie wszyscy przestają rzucać swoimi kośćmi, a następnie po kolei, zaczynając od osoby, która krzyknęła WAAAGH!, wykonują akcje ze swoich kości w takiej kolejności, jaką sami sobie wybiorą.

A co możemy zrobić?
Przede wszystkim jechać (w końcu to gra wyścigowa) do przodu, jednakże, z racji tego, iż kierujemy kupą złomu, poruszamy się tylko po skosie, nigdy w linii prostej. Trzeba się cieszyć, że te ulepy w ogóle jeżdżą.. Do czasu 😉
Możemy też skorzystać ze specjalnej umiejętności klanów (lub spasować, jeśli gramy w wariant podstawowy), dobrać 2 karty ataku na rękę, bez ich podglądania, zapytać rywala, ile mamy pocisków wśród swoich kart ataku oraz, co najfajniejsze, zaatakować – rywala lub teren, po którym się poruszamy.

„No dobra”, powiecie, „ale o co chodzi z tym dobieraniem bez podglądania i pytaniem o ilość pocisków na ręku? przecież widzimy, co mamy w ręku, prawda?”

No właśnie nie do końca.
Każda gra Black Monk cechuje się jakimś fajnym bajerem (vide przeźroczyste karty w „Gloomie”) i w „Gretchinach” taką ciekawostką są karty, które mamy na ręku, ponieważ są one dwustronne – jedna strona dotyczy atakowania i są na niej pociski, zacięcie broni lub eksplozja, druga zaś to karty terenów dokładane na planszę, kiedy nasze fury się poruszają.
I kiedy dobieramy karty na rękę, to bierzemy je i trzymamy w ten sposób, aby widzieć tereny, natomiast to nasi rywale widzą, ile mamy na ręku pocisków, a ile kart, które zrobią kuku nam.

Sprytne, ale na przykład ja na początku miałem duży problem z opanowaniem odruchu zaglądania na drugą stronę kart (co niestety, często kończyły się u mnie wymianą całej „ręki”…), ponieważ w grach karcianych często patrzę na ich tyły… Czego w tej grze nie wolno robić, poza wyjątkowymi sytuacjami.
Nie pytajcie, dlaczego tak mam. Sam tego nie wiem 😉

A jak wygląda atak? Bardzo prosto: deklarujemy, w którego przeciwnika chcemy zaatakować i wykładamy 2 karty ataku z naszej ręki…w ciemno. Jeśli na obu są pociski – świetnie! Atak się udał, a nasz rywal otrzymuje jedno uszkodzenie pojazdu. Po trzecim uszkodzeniu, jego pojazd przewraca się i rywal traci wszystkie trzymane karty i kolejną turę, aby ugasić swoją furę.
Jeśli jednak wśród tych dwóch kart wyciągnęliśmy zacięcie broni lub eksplozję – wtedy złe rzeczy spotykają nas: stajemy w płomieniach i/lub tracimy turę i karty.

Gdy atakujemy teren wyciągamy tylko jedną kartę ataku i rozpatrujemy ją w podobny sposób jak atak na rywala, z tym, że udany atak tworzy krater w drodze, a gracz, który do niego wpadnie odrzuca dwie karty.

W grze mamy kilka obszarów, na które możemy wjechać swoją furą, wywołujących różne efekty – od możliwości dalszego ruchu, przez ugaszenie pożaru na naszej furze, po dobranie kolejnych kart ataku.

Uff…

Wbrew temu długiemu opisowi powyżej, zasady są bardzo proste i przyswaja się je w mig, dzięki czemu w rozgrywce brak jest przestojów, rozkmin nad ruchami i paraliżu decyzyjnego –  i nic dziwnego, w końcu to wyścig!
Dodatkowo fakt, że najważniejszą część w tej grze czyli rzuty kośćmi, wykonujemy symultanicznie, sprawia, że rzadko kiedy możemy sobie cokolwiek zaplanować, bo w każdej chwili ktoś inny może krzyknąć WAAAGH! i zostaniemy z niekorzystnymi wynikami.
Ale, jak to mawia stare, gretchinskie przysłowie: „wwagghtt” [karzdy gupi, umi grać dobrymi koźćmi. trza umić grać tym, czo mamy!]

„Gretchiny” to szybka, prosta i zabawna gra, która niestety dość szybko również może się znudzić. Przez kilka pierwszych partii jest wesoło, zwłaszcza, jeśli gramy z nowymi graczami. Później zaczyna wkradać się monotonia – karty terenu, pomimo detali, są takie same, akcje, które chcemy wykonać zaczynamy optymalizować pod jak najszybsze zwycięstwo, już nawet przestaje się krzyczeć WAAGH!, zamiast tego ludzie mówią „dobra, ja już, STOP!”

Świetnie sprawdzi się jako gra imprezowa, fillerek na początek lub koniec wieczoru z grami, ale tylko wtedy, kiedy będziemy ją wyciągali raz na jakiś czas (lub damy w nią pograć znajomym, którzy nie znają tego tytułu, a my w tym czasie obejrzymy sobie klasycznego Top Geara;).

Ja bawiłem się przy niej dobrze i na pewno będę ją polecał, ale z gier „wyścigowych” to jednak wybieram „Istambuł” 😉

Za podesłanie gry do recenzji dziękuję wydawnictwu Black Monk Games!


Nie bój się, komentuj! :)

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.