Pamiętacie czasy gimnazjum, albo później podstawówki (zależy, kto z którego rocznika 😉 )? Dla każdego młodego człowieka to wiek ciężki, kiedy poza wyborem nowej szkoły, czy problemach egzystencjonalnych przewyższających ludzkie rozumienie zaczyna się dorastać. Pojawiają się pierwsze poważne miłości, a co za tym idzie również sympatyczni do bólu koledzy, dla których jedyną wartością w życiu na ten moment jest udowodnienie (oczywiście tylko słownie!), kto ma dłuższego… A teraz weźcie ten cały żenujący gimnazjalny humor, zapakujcie we wspomniane już hasło „kto ma dłuższego…”, dodajcie mięśniaka ze sznurkiem na pudełku i… voila! Gra dla małych i dużych gotowa. Wait, what? Dla dzieci? Ano, dla dzieci również. Czy to ma w ogóle sens? Przekonajmy się…

Ozo być król marketinga

Po tym całym absurdalnym wstępie można by zadać sobie jedno, ale to ważne pytanie: Czy na Króla Ozo od Lacerty warto w ogóle poświęcać swój czas? I tu Was pewnie zaskoczę, bo o dziwo tak. Ale zacznijmy od początku. Król Ozo pojawił się na polskim rynku w 2017 roku. Jedyne, co pamiętam z czasu jego premiery to: o, Maui (ten z Vaiany) na pudełku! Jakaś nowa gra dla dzieci? Kto ma dłuższego sznurka? Eee…, a do tego promocyjne posty, mówiące że ponoć długość ma znaczenie. Cała ta, powiedzmy sobie wprost marketingowa żenada spotkała się z bardzo słabym odbiorem w towarzystwie planszówkowym i gra nie odniosła spektakularnego sukcesu. Do nas też trafiła trochę przypadkiem, kiedy rozmawiałem z wydawnictwem o innych grach. Stwierdziłem, że ok, przetestujemy, a jak się nie spodoba to  dzieci będą mieć sznureczki do zabawy…

Pierwsza sprawa – instrukcja. Napisana w stylu Ozo, czyli pełna bezokoliczników, niepoprawnych form etc., ale mimo wszystko zrozumiała. Zresztą, ogarnięcie zasad zajmuje 15 sekund. A rozgrywka wygląda następująco: jedna osoba bierze w garść wszystkie sznureczki, zrzuca na mini matę, mówi kolor, a pozostali muszą złapać przezroczysty koralik na końcu sznureczka, który na drugim końcu ma wypowiedziany właśnie kolor. Kto go złapie – zabiera do siebie. Jeśli nikt nie złapie prawidłowego – sznurek zatrzymuje osoba, która wyciągnęła najdłuższy. Kiedy w puli zostanie 5 kolorów, każdy łączy zdobyte przez siebie sznurki w jeden długi i ten, kto ma najdłuższy zestaw wygrywa. Co fajne – koraliki można zamieniać miejscami, więc po kilku partiach w tej samej ekipie można je poprzekładać, co by nie znalazł się jakiś cwaniak, który zawsze będzie wyciągał najdłuższy rzemyk. 😉

W pierwszej kolejności sprawdziliśmy, jak gra się z dziećmi, skoro grupa docelowa to 6+. Fakt faktem pierwsze partie mogą być dla dzieci trochę trudne, ponieważ w całej mieszaninie paseczków ciężko jest szybko zauważyć, gdzie jest początek i koniec jednego z nich. W kolejnych już idzie to dużo sprawniej, a cała zabawa daje dzieciom naprawdę spory fun. Test dziecięcy – zaliczony pozytywnie.

Stwierdziliśmy zatem, że czas zagrać w gronie dorosłych. Co prawda jedna partia trwa dosłownie kilka minut, ale skoro po pierwszej pojawiło się zdanie ‚jeszcze raz!’, to mogę śmiało stwierdzić, że i tutaj się przyjęło. I tak zagraliśmy sobie kilka razy np. przed późniejszą potyczką w Pandemic Legacy.

Mówiąc szczerze, póki nie zagraliśmy kilka razy byłem bardzo sceptycznie nastawiony do tego tytułu, jak zdecydowana większość. Teraz sklasyfikowałbym Króla Ozo do tej samej ligi, co inne proste, szybkie imprezówki do wyciągnięcia przy piwie, czy jak już nikomu nie chce się grać w coś poważnego. W moim odczuciu najbliżej mu do Jungle Speed, które jest tak popularne (może m.in. dzięki temu, że nikt nie reklamował go jako zabawa z berłem. If you know what I mean…). Ba, może nawet blisko mu do Dobble, czy Bongo.

Ponadto, jeśli komuś znudzi się wariant podstawowy to gra zawiera jeszcze kilka innych wariantów, gdzie np. łapiemy jakikolwiek inny kolor, niż wypowiedziany, szukamy po prostu najdłuższy sznurek, czy miksujemy zasady w każdej turze.

Podsumowując, Król Ozo jest ciekawym, oryginalnym tytułem, który dodatkowo nadrabia bardzo dobrym wykonaniem elementów. Co prawda nikt nie będzie się w niego zagrywał nonstop przez długi czas, ale jako przerywnik od czasu do czasu zdecydowanie daje radę. Gdyby tylko marketing tej gry i hasło reklamowe były inne, to na pewno odniósłby dużo większy sukces. A tak, często trochę przypadkiem trafia na stoły w polskich domach, szkoda.


Plusy:

  • porządnie wykonane elementy
  • zasady do wytłumaczenia w kilka sekund
  • kilka wariantów gry
  • mini mata do gry, która jest jednocześnie woreczkiem do przenoszenia sznurków, nie trzeba zabierać ze sobą całego pudełka
  • tak samo dobrze grało się w 2, jak i więcej osób

Minusy:

  • jak każda imprezówka, do zagrania od czasu do czasu
  • żenujący marketing

Wydawca: Lacerta
Liczba graczy: 2-5
Wiek: 6+
Czas gry: wg pudełka 10-15 minut, w praktyce krócej

 


Nie bój się, komentuj! :)

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.