Z rodziną najlepiej wychodzi się tylko na zdjęciu – „The Godfather – Imperium Corleone”

w dniu

– Widzisz, synu, te ziemie, które oświetlają promienie słońca?
– Tak, ojcze…
– To wszystko kiedyś będzie Twoje. Ziemie, Rodzina, interesy… O ile okażesz się być tego wszystkiego godzien.
– Rozumiem, ojcze… A tamten fragment, który spowija cień?
– Tego miejsca unikaj, nikt nie chce mieć z nim nic wspólnego. To Sosnowiec..

O tej grze powiedziano bardzo dużo jeszcze przed premierą. Ludzie dostawali swoje egzemplarze w preorderach i po jednej-dwóch zagranych partiach wrzucali swoje opinie na Facebooka, po to tylko pewnie, żeby być pierwszym i żeby jak najszybciej obwieścić innym, jaka ta gra jest „zua” i „nie zbalansowana”.
Zła?
Nie zbalansowana?

Okej, umówmy się – nie jest to gra idealna, ale takie gry po prostu nie istnieją (choć niektórzy twierdzą, że „Chaos w Starym Świecie” – tego samego autora – jest najlepszą grą na Świecie… tjaa), ale „The Godfather – Imperium Corleone” jest bardzo dobrą grą w klimatach gangsterskich.

A o co w niej chodzi?

Mamy Nowy Jork, Don Corleone stworzył swoje potężne imperium, którym włada silną, lecz sprawiedliwą ręką. W każdej dzielnicy miasta ma swoje wpływy, wśród mieszkańców żyje masa jego „chrześniaków” i „chrześnic”, którzy często w akcie desperacji przyszli prosić go o pomoc, a otrzymali ją w zamian za obietnicę, że, kiedy przyjdzie pora, oni oddadzą przysługę Donowi. Wszyscy kochają swojego Ojca Chrzestnego, ale po cichu modlą się, aby nigdy nie przyszedł do ich domu po spłatę długu…

Jednakże Don, chociażby nie wiadomo jak potężny i wszechmocny, nie jest nieśmiertelny. Nadejdzie czas, kiedy władzę nad Imperium trzeba będzie przekazać komuś innemu. Dziedzicowi.

Jednak konkurencja nie śpi, każdy chciałby dostać w swoje ręce, jeśli nie cały, to przynajmniej spory kawałek smacznego tortu, jakim jest Nowy Jork. Do walki o wpływy staje pięć rodów.

Nadchodzi czas ognia i pogardy.

Czas wojny rodzin mafijnych.

Gracze wcielają się członków jednej z tych rodzin i wykorzystując zarówno Donów, jak i szeregowych gangsterów, będą starali się wypełniać zlecenia, które przybliżą ich do powiększenia swoich wpływów w mieście, eliminacji członków konkurencyjnych rodzin, a w konsekwencji przejęcia schedy po Donie Corleone.

Co turę w mieście pojawiają się nowe przedsiębiorstwa, z których możemy czerpać zyski w dwójnasób – jako szeregowi gangsterzy wymuszamy profity tylko z jednego konkretnego przedsiębiorstwa (z jego legalnej działalności). Jako Donowie zaś, czerpiemy zyski z zaplecza (czyli nielegalnej działalności) WSZYSTKICH przedsiębiorstw, które znajdują się w dzielnicach przyległych do miejsca, w którym pojawił się nasz Don.

Jest to o tyle istotne, że w późniejszych etapach gry będziemy mieli pod swoją kontrolą różne dzielnice Nowego Jorku i jeśli do przedsiębiorstwa w naszej dzielnicy wpadnie obcy gangster, dokonując wymuszenia z legalnej działalności, wtedy my również otrzymujemy ten sam profit od tego przedsiębiorstwa. Dlatego należy bardzo rozważnie dobierać cele naszych wymuszeń, ponieważ starając się wypełnić swoje zlecenia, możemy zrobić dobrze innemu graczowi.

Cała gra trwa cztery akty, a każdy z nich składa się z pięciu etapów, w których po kolei: pojawia się nowe przedsiębiorstwo w kolejnej dzielnicy, wykonujemy swoje akcje – dołożenie figurki na mapę/wykonanie zlecenia, sprawdzamy dominację w poszczególnych dzielnicach, możemy przekupić skorumpowanego członka miasta i na koniec każdego aktu płacimy haracz Donowi.

Wśród skorumpowanych członków miasta możemy spotkać takie persony, jak chociażby burmistrza (on również pozwala czerpać korzyści z wszystkich przedsiębiorstw w kilku dzielnicach, a w III akcie również daje nam możliwość automatycznie przejąć jedną z dzielnic), komisarza policji (który zabija członków konkurencji), szefa związków zawodowych, czy właściciela hotelu, pozwalającego nam schować od razu trzy banknoty do walizki.

Autorem „The Godfather – Imperium Corleone” jest pan Eric M. Lang, który wcześniej uraczył nas takimi grami jak „The Others” czy „Blood Rage” i widać, że z każda kolejna gra jest bardziej dopracowana, pozbawiona niepotrzebnych mechanik, czy sztucznych zapychaczy.

W „Ojcu…” mamy mechanizm zaczerpnięty z „Blood Rage”, a mianowicie możemy tak długo wykonywać swoje akcje, jak długo mamy chociaż jedną figurkę, którą możemy dołożyć na mapę. Bardzo ciekawą, nową mechaniką zaimplementowana do Godfathera, jest hand management. Wszystkie karty, które trzymamy na ręku mają taką samą wartość. Bez względu na to, czy mamy banknoty (o dowolnym nominale), zlecenie, surowce potrzebne do wykonania zlecenia czy przekupionego sprzymierzeńca – wszystko to, jest bez wartości. Tak łatwo, jak je zyskujemy, tak łatwo możemy je stracić. Stają się one cenne dopiero w momencie, kiedy lądują w naszej stylowej metalowej skrzyni. A lądują tam na dwa sposoby: banknoty chowamy, kiedy korzystamy z oferty odpowiedniego przedsiębiorstwa, a zlecenia w momencie, kiedy je wykonamy.

Co do samych zleceń, to mamy ich kilka rodzajów, przypisanych do jednego z  czterech kolorów i warto wypełniać ich jak najwięcej, ponieważ poza profitami, które otrzymujemy natychmiastowo, na koniec gry zapewniają nam dodatkową kasę do skrzynki.

A wygrywa ten, który po IV akcie ma najwięcej hajsu w skrzyni.

Jak wspomniałem na wstępie, „The Godfather” jest grą o wojnie rodzin mafijnych i to czuć. Gra opiera się na wymuszeniach i wzajemnym wybijaniu członków rodzin. I, o ile zabicie szeregowego gangstera to mała strata, tak utopienie w Rzece Hudson głowy rodu bywa bardzo, bardzo bolesne.
Sojusze czasami się pojawiają, ale są one bardzo nietrwałe – sytuacja w Nowym Jorku potrafi zmienić się o 180 stopni w ciągu kilku sekund i wybuchu samochodu pułapki, a haracz, który płacimy na końcu każdego etapu sprawia, że musimy bardzo rozsądnie zarządzać tym, co mamy na ręku. Dlatego, kiedy mamy okazję wykonać zlecenie i pozbyć się nadmiaru kart – robimy to bez żalu, zabijając, lub okradając naszego „sojusznika”.

Trzeba wspomnieć o tym, że gra bardzo dobrze się skaluje i zaskakująco dobrze działa na dwie osoby. Wynika to z faktu, iż na starcie otrzymujemy jedną figurkę gangstera więcej, co poszerza nasze pole manewru. Przy grze na cztery, czy pięć osób przy setupie dokładamy więcej przedsiębiorstw do dzielnic, dzięki czemu nikt z graczy nie jest (za bardzo) pokrzywdzony. Co ciekawe, przy grze na 5 osób i posiadaniu wszystkich figurek (łącznie z dodatkowymi, przedstawiającymi burmistrza i szefa związków) może dojść do sytuacji, że zablokujemy ostatniemu graczowi wszystkie pola na mapie. Wtedy Akt kończy się automatycznie.

W tym porównaniu najsłabiej gra się we 3 osoby. Jest to spowodowane mniejszą ilością figurek, przez co odnosimy wrażenie, że w pierwszym akcie mamy związane ręce i mija on błyskawicznie. Dlatego radzę siadać w większą liczbę graczy, choć – jak wspomniałem – we dwoje gra się bardzo przyjemnie.

Na koniec kilka słów o wykonaniu.

Grę wydało CMON (a w Polsce Wydawnictwo Portal), więc wiemy, czego się spodziewać. Przepiękne, starannie wykonane figurki Donów każdej z rodzin (szeregowi gangsterzy są wszędzie identyczni, ale myślę, że to celowy zabieg), figurka Dona Corleone odmierzająca nam czas do końca gry, model samochodu z epoki, pokazujący nam, w której fazie Aktu obecnie się znajdujemy oraz charakterystyczna głowa konia – znacznik pierwszego gracza. Do tego pięć metalowych skrzyń, do których chowany naszą ciężko zdobytą kasę i wykonane zlecenia – to wszystko robi niesamowity klimat, w który bardzo łatwo się wczuć.

Pojawiły się zarzuty, że wszystkie karty w grze mają takie same awersy, a karty zleceń i rewersy – na których możemy podziwiać Ojca Chrzestnego. Prawda jest taka, że na awersy rzadko kiedy patrzymy, a na rewersach skupiamy się bardziej na  zleceniu, które mamy do wykonania i co za nie otrzymamy, niż na podobiźnie Dona, więc po 2-3 grach nie ma to większego znaczenia.

Mapa Nowego Jorku, podobnie jak mapa w „Blood Rage” jest czytelna, ale wykonana bez fajerwerków.

Jedna rzecz, do której się przyczepię (nie powielając przytyków innych recenzentów) to nazwy aktów, podczas których toczy się gra. Skoro rozgrywka toczy się w czasach świetności Imperium (a można zaryzykować stwierdzenie, że u schyłku panowania Dona Corleone, z czego wynika walka o wpływy innych rodów) to czemu akty zatytułowano kluczowymi scenami z I filmu o Ojcu Chrzestnym? Można by je nazwać w dowolny inny sposób i wtedy komentarze pt. „to nie jest gra o Ojcu Chrzestnym” można by sobie schować do kieszeni. A tak, otrzymując karty z podobizną Dona, akty nawiązujące do filmu i grę zatytułowana „Ojciec Chrzestny – Imperium Corleone” gracze spodziewają się otrzymać grę wiernie oddającą fabuły trylogii. Nic z tego.

To nie jest gra o „Ojcu Chrzestnym”, ale to wciąż bardzo dobra gra w klimatach gangsterskich, która bardzo dobrze spisuje się zarówno na dwóch jak i na pięciu graczy. Polecam z czystym sumieniem, tym bardziej, że cena, jak na tak dopracowaną i pięknie wydaną grę, nie jest wygórowana!

4 Comments Add yours

  1. zweback napisał(a):

    tego się nie da czytać:/

    1. Stark napisał(a):

      Polecam okulary, ponoć pomagają, jak ktoś ma problemy z czytaniem;)

  2. Eos napisał(a):

    Nie przepadam za takimi klimatami, ale brzmi zachęcająco 🙂

    1. Stark napisał(a):

      Warto spróbować;) ja początkowo również podchodziłem do tej gry bez większego entuzjazmu (chociaż to p. Lang!), bo wiedziałem, jak we dwie osoby gra się w „Blood Rage” no i zostałem bardzo mile zaskoczony. Do tego rozgrywka jest szybka, morduje się często – czuć ten klimat walki o dominację i pozyskiwanie profitów z wpływów w mieście;) Najlepiej umówić się z kimś, kto ma grę i zagrać;) jeśli jesteś z Dolnego Śląska to zapraszam;)

Nie bój się, komentuj! :)