Kiedyś tworzenie rodziny kojarzyło mi się z jednym – The Sims. Pewnie każdy kojarzy te czasy, kiedy zatrzęsienie dodatków do tej gry powodowało szybsze bicie serca, a wymyślanie coraz ciekawszych sposobów eksterminacji simów stanowiło wyzwanie. Kiedy jakiś czas temu poznałem grę od Portalu, w której sercem gry jest tworzenie drzewa genealogicznego rodu podszedłem do niej z podwójnym zaciekawieniem. To była także jedna z pierwszych gier z mechaniką worker placement, z którą się zetknąłem w swojej planszówkowej karierze. Dlatego też chętnie do niej w ostatnim czasie wróciłem, szczególnie mając okazję przetestować dodatek (ale o tym w innym wpisie). Jak mi się grało w Dziedzictwo? Zapraszam do recenzji!

Wykonanie

Od razu powiem, że ogromny plus Dziedzictwo dostaje za klimat. Samo pudełko już mi się podoba, po jego otwarciu gracze dostają w ręce list od tytułowego Diuka de Crecy i mogą zacząć wczuwać się w rozgrywkę. Brakuje mi  odpowiedniej wypraski wewnątrz pudła, jednak nie zatrzymując się na niej – dalej jest już tylko lepiej. Instrukcja – klimatyczna, karty – klimatyczne, grafiki – klimatyczne, opisy – klimatyczne, żetony akcji czytelne względem kolorów na planszy. Byłoby super, gdyby nie brak wspomnianej już wcześniej wypraski. Poza tym bez zastrzeżeń. 😉

Znacznik pierwszego gracza – oczywiście w klimacie 😉

O co w tym chodzi?

Gracze rozgrywają 3 generacje (pokolenia), podczas których  wykonują różnego rodzaju akcje. A wśród nich m.in. aranżacja małżeństwa, urodzenie potomstwa, nabycie tytułu szlacheckiego, zakupienie karty filantropii, postawienie pałacu, fabryki, czy pociągnięcie karty misji. Każda generacja podzielona jest na kilka podtur, w których na nowo rozkładamy swoje żetony akcji, a po określonych turach następuje podliczenie punktów i wypłata środków. Dostajemy więcej pieniędzy, jeśli w trakcie tychże tur zadbamy o odpowiednie podniesienie poziomu sakiewek, punkty zaś zależą od poziomu tarczek. Poziomy te zaś podnosimy poprzez zawieranie małżeństw (każdy nowy członek rodziny coś do niej wnosi i wywołuje jakąś akcję), bądź z innych akcji, opisanych na kartach. Dodatkowo każdemu rodowi przyświeca odgórny cel – na karcie Patrona zapisana jest treść misji do wykonania, która na koniec gry przyniesie dodatkowe punkty zwycięstwa.

Czy to fajne?

Jak już wspomniałem wcześniej – Dziedzictwo było jedną z pierwszych gier z mechaniką worker placement, z którą miałem do czynienia. Pojawiła się na naszym stole po Osadnikach z Catanu, Talismanie… Nie byliśmy jeszcze zapalonymi planszówkoholikami z doświadczeniem. Po obejrzeniu instrukcji byłem w pierwszej chwili, mówiąc delikatnie, zaniepokojony ilością tekstu i zakładaną skomplikowalnością. Później zaczęliśmy grę… i poszło. Naprawdę poszło dość gładko i bez oporów. Jest to ogromny plus tej gry – mimo, że z pozoru zasad jest dużo, to są na tyle sprawnie opisane i na tyle płynnie się przechodzi przez rozgrywkę, że można ją polecić początkującym w planszówkowym hobby.

A jak się sprawdziła sama rozgrywka? Grę rozpoczyna się mając 2 żetony akcji w swoim kolorze + 2 dodatkowe żetony w konkretnych kolorach akcji (jeden losowy i jeden z karty głowy rodu). 4 akcje na początek to dużo. Można faktycznie zastanowić się nad strategią, zaobserwować dostępne karty i podjąć odpowiednie działania. Chyba, że ktoś nas zdąży zablokować… Cały szkopuł polega na tym, że na planszy głównej można korzystać jedynie z niezajętych jeszcze akcji (urodzenie 2 dzieci, kupienie pałacu, przedsiębiorstwa, filantropii, tytułu, czy pociągnięcie karty misji). Na szczęście z akcji ze swojej planszetki (małżeństwo, urodzenie 1 dziecka, dobranie kart znajomych, czy pieniędzy) można korzystać nieograniczoną liczbę razy. Nie jest więc jeszcze tak źle – może w kolejnej turze uda się upolować odpowiednie dla siebie pole. Przez całą grę przewija się poczucie budowania odpowiedniego silniczka, zarówno punktowego, jak i karcianego. O tym, że na koniec konkretnych tur dostajemy punkty prestiżu (tarczki) i pieniądze (sakiewki) w zależności od miejsca naszego znacznika na ich torze – już mówiłem. Jest jeszcze jedna ciekawa rzecz z opóźnionym zapłonem – kiedy zaaranżujemy małżeństwo z dziećmi obecnej generacji (układamy kartę członka rodziny do góry nogami) to w momencie przejścia do kolejnego poziomu, jak dzieci dorastają do skutku dochodzą także zaaranżowane małżeństwa. Odwraca się wtedy kartę członka rodziny na odpowiednią stronę, wykonuje się akcję z karty oraz rodzi się dziecko. Jak to jednak w życiu bywa, nie zawsze jest tak różowo… Realizmu grze dodają karty komplikacji porodowych. Jakkolwiek przerażająco to brzmi – kiedy gracz pociągnie taką kartę z talii narodzin może zdecydować – zostawić tę kartę (dzięki czemu w tej generacji nie będzie mieć efektu kolejna taka sama, jeśli na nią trafi, ale nie ma też dziecka), bądź poświęcić matkę, aby dociągnąć kartę syna lub córki (co czasem jest bardziej ekhm… opłacalne).

Warto także zaznaczyć, że gra zawiera tryb solo, w którym… odkrywamy drzewo genealogiczne rodu, aby udowodnić że jesteśmy potomkiem zmarłego wiele lat wcześniej lorda. Nie przepadam za graniem samemu w gry planszowe, aczkolwiek ten tryb jest dopracowany, klimatyczny i faktycznie ma sens. Jak rzadko. 😉 Co do gry w 2-4 osoby – w każdym zestawie jest dobrze. Co prawda im więcej osób, tym można odczuć rosnący downtime – mimo wszystko nie jest on aż tak uciążliwy.

Gra na 4 osoby – zajmuje trochę miejsca!

Podsumowując, Dziedzictwo, które z pozoru wydaje się skomplikowaną grą euro z mechaniką worker placement, nastawioną na zbieranie suchych punktów jest w rzeczywistości bardzo dobrym połączeniem wspomnianej (choć finalnie niewielkiej) skomplikowalności z grą po trosze familijną. I nawet, jeśli na koniec gry okaże się że nie zapunktowaliśmy niewiarygodnie wysoko – przyjemnie jest popatrzeć na stworzoną właśnie rodzinę (tylko pamiętajcie na samym początku – to zajmuje trochę miejsca! 😉 ). Znam z opowiadań przypadki, kiedy ktoś nie kończył na 3 pokoleniach, tylko rozszerzał drzewo genealogiczne dalej – bo to całkiem niezła zabawa. 😉 Słowem – polecam!


Jeśli poszukujesz gry euro z klimatem – WARTO

Jeśli zależy Ci na oryginalnym temacie (nie chcesz sadzić kolejnych marchewek i wypasać krówek) – WARTO

Jeśli chcesz mieć grę z mechaniką worker placement, która nie ma skomplikowanych zasad – WARTO


Plusy:

  • niezbyt wysoki poziom trudności
  • klimat (opisy postaci, grafika, wstawki historyczne w instrukcji, wstęp fabularny)
  • tryb solo
  • płynna rozgrywka
  • dobrze się skaluje

Minusy:

  • brak

Wydawca: Portal
Liczba graczy: 1-4
Wiek: 10+
Czas: ok. 60 minut
Instrukcja: LINK

[Na zdjęciach widać także elementy z dodatku – Pięć Rodzin – recenzja już wkrótce!]


1 Comment

Dziedzictwo: Pięć Rodzin, czyli piąte koło u wozu? – Board Games Addiction – recenzje, zdjęcia, nowości, luźne gadki – o grach planszowych! · 11 marca 2017 o 23:55

[…] opowiadałem, czy i jak podoba mi się Dziedzictwo: Testament Diuka de Crecy (recenzja TUTAJ). To klimatyczne euro było jednym z moich pierwszych doświadczeń z grami o mechanice worker […]

Nie bój się, komentuj! :)