Yamatai, czyli familijny mózgożer!

w dniu

Przed Tobą trudne zadanie wykazania się przed królową Himiko. Musisz zostać najlepszym, najwspanialszym, najwybitniejszym budowniczym. Aby tego dokonać – musisz spowodować, aby stolica Yamatai przyćmiła swoim blaskiem  inne metropolie właśnie dzięki Tobie… Challenge accepted! Zapraszam do recenzji tytułowego Yamatai – autorstwa sławnego w planszówkowym świecie Bruno Cathala oraz Marc Paquien!

Wykonanie

Co tu dużo mówić – kiedy tylko pojawiły się pierwsze zapowiedzi wydania Yamatai, w świecie planszówkowym zawrzało odnośnie oprawy wizualnej tego tytułu. Ilustratorem gry jest Jeremie Fleury, znany z… ja go wcześniej nie znałem. I w sumie nadal nazwiska nie kojarzę, jednak trzeba przyznać, że wykonał świetną pracę, przygotowując obrazki do Yamatai (i nie tylko – więcej na jego STRONIE). Nie będę ukrywał, że bardzo często kupuję gry oczami i nawet najwspanialsza mechanika nie uratuje tytułu, który jest po prostu brzydki. W tym przypadku – nie mogłem nie mieć Yamatai w kolekcji.  Wykonanie jest przepiękne, a poza obrazkami znajdziemy w pudełku jeszcze drewniane stateczki, domki, większe budowle, czy kafle z budynkami. Wszystko do siebie pasuje i wpływa pozytywnie na klimat. A co z mechaniką? Przekonajmy się! 😉

O co w tym chodzi?

Jak mówi japońskie przysłowie – ‚Ie-o michibata-ni tsukureba sannichi narazu’. Podobnie tutaj, nie od razu dochodzi się do zwycięstwa – trzeba do tego serii tur. W ich trakcie gracze zgodnie z zajmowanymi miejscami na torze ruchu wykonują kilka obowiązkowych i dobrowolnych czynności. Wśród nich – wybieranie kafli floty, które pozwalają dobrać statki w odpowiednich kolorach i zagranie akcji specjalnej, kupienie/sprzedanie statku, dołożenie statków na planszę, wybudowanie budynku, bądź zebranie żetonów kultury oraz zakup kafla specjalisty. Pomiędzy tymi czynnościami, raz na turę można także skorzystać z aktywowanej zdolności posiadanych już specjalistów. Kiedy ruch zakończymy – dochodzi do głosu kolejna osoba. I tak sobie gramy, gramy, gramy, aż zostanie spełniony jeden z warunków zakończenia gry. Wtedy to następuje podliczenie punktów z posiadanych pieniędzy, budynków, specjalistów i punktów prestiżu. Kto ma najwięcej – wygrywa. Brzmi sucho? Może odrobinę jest, ale tylko odrobinę, o czym przekonacie się za chwilę. 🙂

Czy to fajne?

Zacznę od tego, o czym wspomniałem wcześniej – Yamatai jest grą, na którą panował dość duży hype. I jak każda gra dotknięta tym zjawiskiem – narażona była dość mocno na niesprostanie oczekiwaniom fanów. Jeśli połączyć kilka składowych – autora – Bruno Cathala, wydawcę – Days of Wonder i prezentowane grafiki – szansa na sukces była jednak duża. I dlatego bez zbędnych ceregieli powiem to od razu – w moim odczuciu oczekiwania nie rozminęły się z rzeczywistością! Yamatai nie jest oczywiście grą pozbawioną wad (a czy jest taka w ogóle?), jednak są one skutecznie przyćmione przez całą resztę.

Zacznę od samej mechaniki. Sercem gry jest tutaj umiejętne dobieranie i dostawiane kolorowych stateczków, które pozwolą nam wykonać odpowiednią akcję. Plansza przedstawia siatkę małych wysepek, wokół których pływać będą statki z zasobami (odpowiednie kolory). Te zasoby wykorzystywane są do stawiania budynków zwykłych (w swoim kolorze), bądź specjalnych. Praktycznie każdy, z kim grałem na samym początku zadawał pytanie: „Jak poznam, które statki są moje?”. Otóż nie ma takiego rozgraniczenia. Gracze dokładając statki otwierają sobie drogę do skorzystania z dostępu do wszystkich statków okalających wyspę (aby wykorzystać je przy budowie określonego budynku). Może być zatem tak, że dokładając zielony statek (najtańszy i najpopularniejszy) do odpowiedniego ciągu skorzysta się ze znajdujących się tam wcześniej dwóch złotych (najdroższe) i dwóch czerwonych, aby wybudować budynek specjalny wart 5 (lub nawet 6) punktów (budynki zwykłe warte są zazwyczaj 2-3 punkty). W które budynki warto zatem inwestować? Zależy od strategii. Doświadczenie pokazało nam, że jedno i drugie rozwiązanie może dawać naprawdę dobre rezultaty.

Poza budynkami – punkty zdobywa się między innymi za specjalistów. Można ich werbować za pomocą żetonów kultury, które zbiera się z wysp. Każdy z nich (poza jednym) posiada specjalną umiejętność – pasywną, bądź aktywną do jednorazowego wykorzystania w turze. Do tego wart jest określoną liczbę punktów (niektóre nie posiadają wartości punktowej, ale za to ich zdolność jest teoretycznie ‚mocniejsza’), I tak naprawdę, aby wygrać należy umiejętnie dopasować swoją strategię do ich zdolności. Bez tego raczej ciężko będzie o spektakularny wynik.

Przy tego typu grach dość często trudno o dobrą skalowalność pomiędzy rozgrywką 2-osobową, a w pełnym składzie. W Yamatai zostało to rozwiązane w bardzo dobry sposób. Po pierwsze, w grze 2-osobowej gracze mają do dyspozycji po dwa ruchy (niekoniecznie naprzemiennie – wszystko zależy od tego, na którym miejscu na torze kolejności znajduje się nasz mepel). Po drugie, gracze mają do dyspozycji większą liczbę własnych budynków, dzięki czemu interakcja na planszy jest tak samo duża, jak przy większym składzie, kiedy budynków jest mniej i każdy dysponuje jednym mepelkiem.

Wspomniałem już o torze kolejności. O tym, kto po kim będzie wykonywał swoją turę decyduje numer przypisany do żetonu floty, który wybiera się na początku swojego ruchu. Po zakończeniu tury gracze ustawiają swoje mepelki na określonych polach. Nie trudno się zatem domyśleć, że żetony floty z niskim numerami, a więc gwarantującymi szybki ruch w kolejnej rundzie mają najsłabszy efekt (przykładowo żeton z numerem 1 pozwala pobrać zielony statek i nie ma zdolności specjalnej. Za to ten z numerem 10 pozwala pobrać czarny i czerwony statek oraz jeden dowolnie wybrany, co daje dość duże pole manewru). Podsumowując – coś za coś.

Czy po tych wszystkich superlatywach można wyszczególnić jakieś minusy? Niestety jednym z nich jest downtime. Jeśli trafimy na graczy myślicieli, bądź gramy pierwszy raz – każdy ruch wymaga dobrego przeanalizowania i możemy odczuwać dość duży czas oczekiwania na własną turę. Po pierwszej partii w Yamatai było to mocno odczuwalne, jednak miałem wrażenie, że im dalej w las, tym ten czas będzie krótszy. I faktycznie – kiedy gramy kolejne partie (wiemy, czego można się spodziewać po specjalistach i ich efektach, czy znamy już efekty żetonów floty) – downtime staje się mniejszy i słabiej odczuwalny. Nadal jednak występuje i nie sądzę, aby dało się go skutecznie zniwelować.

Przyzwyczajony do obecności notesików do zapisywania punktów w grach euro – byłem zdziwiony, że w Yamatai go nie ma. Nie jest to duży minus, bo i elementów składowych do liczenia punktów nie ma wiele. Nie zmienia to jednak faktu, że fajnie byłoby go jednak mieć. 😉

Podsumowując – baaardzo polubiłem Yamatai. Z jednej strony jest to przepięknie wykonana gra familijna, bo zasady są proste do opanowania. Z drugiej strony bez planowania, kombinowania, czy szybkiego reagowania na zmieniającą się sytuację na planszy ciężko o dobry wynik. Mogę zatem spokojnie polecić Yamatai dosłownie każdemu.


Jeśli zatem…

Szukasz gry przepięknie wykonanej – WARTO

Chcesz mieć grę, która zmusza do myślenia, ale nie przytłacza ilością zasad – WARTO

Zależy na dobrym stosunku jakości do ceny (ok. 150zł) – WARTO


Plusy:

  • przepiękne wykonanie
  • funkcjonalna wypraska
  • różne strategie prowadzące do zwycięstwa
  • nietrudne do opanowania zasady
  • wymaga pomóżdżenia
  • przejrzysta i jasna plansza gracza
  • intuicyjne ikonki
  • dużo drewnianych elementów
  • dobrze się skaluje

Minusy:

  • downtime
  • na początek może się wydawać skomplikowana
  • poczucie zbyt małej ilości akcji do wykonania (szczególnie pod koniec, kiedy robi się gęsto na planszy)
  • brak notesika na punkty

Wydawca: Rebel
Liczba graczy: 2-4
Wiek: 13+
Czas: 40-80 minut

Nie bój się, komentuj! :)