Złość, nerwy i klątwy rzucane pod nosem w kierunku innych graczy – te emocje od zawsze towarzyszą (nie)zdrowej rywalizacji. Nie ma znaczenia, czy gramy w Munchkina (i kopiemy się po zębach bez litości) czy w Agricolę (i zabieramy sprzed nosa sąsiadowi krowę, na którą poluje od kilku tur) – w takim momencie mamy ochotę wdeptać przeciwnika w ziemię, urwać mu głowę, pociąć, rany posypać solą, wybatożyć, a najlepiej to niech go piekło pochłonie!!

Ekhm…

Wyobraźcie sobie grę, w której wszystkie te klątwy, złorzeczenia i negatywne emocje przybierają fizyczną formę. Siedzicie koło siebie, a koleś po Twojej lewej dłubie w nosie. Dlaczego nie zmusić go do ciągłego klaskania?

A laska na przeciwko? Pochyla się do przodu, prezentując swój dekolt, tak, że inny gapią się tylko na nią, a nie na Ciebie! Niech schowa się pod stołem, żeby nikt jej nie widział!

Można? Można!

Zapraszam do „Vudu”!

„Vudu” to bardziej zabawa niż gra, świetnie nadająca się na imprezy, najlepiej w maksymalnym gronie sześciu graczy.

Na czym polega?

Ano właśnie na rzucaniu klątw na siebie nawzajem.

Klątwy są różne, mniej lub bardziej, ale wszystkie bez wyjątku złośliwe. Bardzo fajną sprawą są nazwy tych zaklęć, które czasami są dużo ciekawsze od samego efektu – duże ukłony w stronę tłumaczy, za poczucie humoru i oddanie charakteru tej zabawy.

Na właśnie, jest to zabawa, chociaż podwaliny ma dużo mniej zabawne. Zapewne większość z Was wie, na czym polega voodoo i skąd się wzięła. Religia ta ociera się o kult zombie, życia po śmierci, rytuałów odprawianych na laleczkach stworzonych na podobieństwo „ofiary”, a rytuały te mogą być różne: równie dobrze mogą uleczyć, jak i sprawić ból takiej osobie. W skrajnych przypadkach nawet doprowadzić do jej śmierci.

Do gry dołączona jest taka laleczka i służy ona za znacznik pierwszego gracza (jest solidnie wykonana, ale obchodziliśmy się z nią ostrożnie, w obawie o zdrowie i życie projektanta tej gry;), dlatego obawiam się, że niektóre osoby, radykalne w swoich poglądach religijnych, mogą się oburzyć, wiedząc, o czym „Vudu” traktuje…

Podobnie ma się sytuacja podczas gry z dziećmi – jest to zabawa, ale lepiej nie tłumaczyć małolatom genezy tytułu.

Wracając do samej rozgrywki.

Na początku losujemy po dwie klątwy, które możemy rzucić na swoje ofiary. Następnie rzucamy… kośćmi i rozpatrujemy je na trzy możliwe sposoby:
– jeśli na kościach mamy symbole pasujące do klątwy trzymanej na ręce, wskazujemy palcem swą ofiarę, grobowym głosem deklamujemy nazwę klątwy, chichoczemy złośliwie tłumacząc, jak bardzo przekichane ma teraz nasza ofiara, rzucamy jej klątwą w twarz i dodajemy sobie punkty na torze punktacji;
– wymieniamy dwie dowolne kostki na nową kartę klątwy lub na kartę artefaktu;
– odrzucamy jedną kość i przerzucamy dowolną ilość pozostałych kości w grze.

Gdy zrobimy już wszystko, co mogliśmy, przekazujemy laleczkę graczowi po lewej i szykujemy się na atak innego czarnoksiężnika.
Wszyscy łypią na siebie spode łba i starają się rzucać spojrzenia mówiące „nawet nie waż się mnie przekląć, bo mam na ręku taką klątwę, że ci w pięty pójdzie ty ku…ltysto!”

Jak wspomniałem wcześniej mamy tor punktacji, po którym przesuwamy nasze pionki, ale nie oszukujmy się – punktowanie w tej grze jest najmniej istotne. Najważniejsza jest przyjemność z celnie rzuconej klątwy, po której np. rywal musi cały czas stać na jednej nodze, albo chrumkać jak świnia. A kiedy klątwy się skumulują ich efekt potrafi być… zatrważający (vide: miaucząc jak kot i siedząc na podłodze musisz okrążyć swoje krzesło drapiąc się po głowie)

Oczywiście, klątwę można złamać (każdą, poza tzw. Klątwami permanentnymi, które otrzymujemy od losu, a nie od innych graczy), ale nikt nie chce być tym jedynym „słabym”, który wyłamał się spośród nieugiętych czarowników!

Można się również obronić przed klątwą, wykorzystując artefakt, który np. każe wybrać inną osobę za cel ataku, albo odbija rzuconą klątwę w stronę sąsiada.

A kiedy odtańczymy taniec deszczu możemy nawet w nie swojej turze skorzystać z wyników wyrzuconych na kościach (innego gracza) i rzucić własną klątwę na ofiarę.

Jednakże, aby uniknąć sytuacji, w której tylko jeden gracz stawałaby się ciągle ofiarą („bo zupa była za słona!!”), wraz z klątwą otrzymuje się specjalną kartę, która chroni nas przed kilkoma atakami z rzędu…

Ale i to nie pomaga, jak się na kogoś uweźmie 😉

„Vudu” to świetna gra – zabawa imprezowa, która doskonale spisuje się już od czterech osób (unikajcie rozgrywki w gronie 3-osobowym, wtedy gra jest bez sensu), składająca się w 100% z negatywnej interakcji. Złośliwość goni złośliwość, a hałas towarzyszący rozgrywce wzrasta wraz z liczbą punktów na torze zwycięstwa. Jednakże jest to gra o specyficznej tematyce, dlatego nie każdemu może się spodobać.

Na koniec muszę wspomnieć o dwóch (drobnych) rzeczach, które nie podobają mi się w tej grze. Po pierwsze pudełko – nie jest duże, ale za duże jak na tę grę. Wewnątrz mamy kilkadziesiąt kart, pięć kostek, sześć znaczników graczy i laleczkę voodoo, więc większość pudełka tak naprawdę zajmuje powietrze. Jasne, wypraska służy za tor punktacji, ale równie dobrze mogłaby być składanym na pół kawałkiem grubszej tektury, a samo pudełko mogłoby mieć na przykład format tego z „Tak, Mroczny Władco”.
Druga sprawa to znaczniki gracza, na torze punktacji. Są za duże. W sytuacji, kiedy na jednym polu znajduje się kilku graczy, ich znaczniki się nie mieszczą i często zdarza się, że któryś spada i ląduje wewnątrz pudełka.

Jednak to tylko drobiazgi, które w żaden sposób nie umniejszają przyjemności z przeklinania innych graczy 😉


1 Comment

GRY PLANSZOWE W PIGUŁCE #1029 - Board Times - gry planszowe to nasza pasja · 21 września 2017 o 18:37

[…] Boards Games Addiction bezkarnie przeklina w Vudu. […]

Nie bój się, komentuj! :)