Seria Zombicide, czyli najbardziej dochodowe dziecko CMONu jest znana już chyba na całym świecie. Co ciekawe – pierwsza gra z serii pojawiła się w 2012 roku (polskim wydawcą był Black Monk) i na bazie jej sukcesu zaczęły powstawać kolejne sezony i odmiany. Przyznam szczerze, że pierwsze wydanie nie zapadło mi zupełnie w pamięć i nigdy nie miałem do czynienia z tym tytułem. Czarna Plaga, o której możecie dzisiaj przeczytać powstała w 2015 i dopiero (!) w 2018 ukazała się w Polsce za sprawą Portalu. Czy zabijanie hord zombiaków i wypełnianie misji w klimatach fantasy nam się spodobało? O tym dowiecie się z poniższego tekstu – zapraszam do recenzji! 🙂

Wielkie pudło i tona plastiku

Jeśli ktoś obserwuje poczynania CMONu to wie, że to wydawnictwo wyrosło na firmie, która zajmowała się produkcją plastikowych figurek. Nic więc dziwnego, że zdecydowana większość ich tytułów kojarzy się z masą plastiku. Nie będę dziś podejmował dyskusji, czy jest to dobra droga rozwoju dla planszówek – wystarczy sprawdzić wyniki finansowe kampanii kickstarterowych gier CMONu, żeby stwierdzić, że gracze lubią dostawać gry podrasowane o dużą liczbę figurek. Co tu dużo gadać, sam do tej grupy należę, a moje odczuwanie klimatu od razu wzrasta, jeśli po planszy biega klimatycznie i dokładnie wykonana postać, a nie drewniany znacznik. Mała dygresja – w niedawnej relacji ze Stark Expo (znajdziecie ją TUTAJ) zachwalałem Dead Men Tell No Tales, które ukaże się za sprawą All in Games. Dodatkiem do gry są właśnie figurki postaci, którymi mieliśmy okazję grać. Kiedy składając grę zobaczyłem drewniane znaczniki bohaterów w pudełku od razu stwierdziłem, że plastik w tym przypadku to must have. Myślę, że gdyby w Zombicide po planszy poruszały się drewniane znaczniki – gra straciłaby bardzo dużo.

Co się kryje pod tym plastikiem?

Wygląd wyglądem, jednak żadna gra nie obroni się, jeśli za wykonaniem nie będzie szła dobrze działająca mechanika i szeroko pojęty fun z rozgrywki. Jak to jest w Zombicide? Spójrzmy najpierw na warstwę fabularną. Gra oferuje nam rozegranie 10 misji (+szkoleniowa), w których nasi bohaterowie trafiają do świata opanowanego przez nieumarłych i ich zadaniem jest zapobiegnięcie zagładzie. Warto zauważyć, że misje są ze sobą fabularnie powiązane, jednak ich rozegranie nie wymaga jednej, stałej ekipy, ani też zabawy w scenariusze po kolei (chociaż tak gramy – lubimy, jak jest wszystko poukładane zgodnie z założeniami 😉 ). Ze scenariusza na scenariusz poziom trudności (teoretycznie) wzrasta, obszar gry robi się większy, a zadania do wykonania (teoretycznie) bardziej różnorodne. Dlaczego teoretycznie? Ano dlatego, że ich zmienność polega na lekkiej modyfikacji niektórych zasad oraz różnych warunkach zwycięstwa. Moim zdaniem trudność misji wyznaczona jest tym, jakiego rodzaju cel mamy do osiągnięcia. Jeśli musimy zebrać konkretne znaczniki z planszy, które odpalają jakieś dodatkowe akcje – te misje wydają się łatwiejsze, aczkolwiek ciekawsze. Z kolei jeśli celem jest np. zabicie abominacji, albo pozyskanie konkretnych przedmiotów – robi się trudniej. Mówiąc wprost – wyciągnięcie konkretnych kart z talii przeszukiwania, biorąc pod uwagę obecność 71 kart, przy nieprzychylnym ich ułożeniu (talię oczywiście tasujemy przed rozpoczęciem gry) może trwać dość długo. A im dłużej gramy, tym nasze postaci stają się bardziej doświadczone. Im bardziej doświadczone – tym więcej zombiaków pojawia się podczas fazy namnażania, a więc poświęcamy więcej sił na ich eliminację. To z kolei podnosi poziom trudności całego scenariusza. Brakuje mi tu np. zasady mówiącej o wtasowaniu tych konkretnych kart np. w górną połowę talii, żeby jeszcze bardziej upłynnić rozgrywkę. W przeciwnym razie ta losowość w doborze kart może z biegiem czasu przerodzić się w małą frustrację.

Brak konieczności grania w jednym, stałym zespole jest dla mnie również zdecydowanym plusem – dużo łatwiej i szybciej można do tego tytułu wracać, zamiast czekać aż wszyscy z danej ekipy będą znów mieć czas. Dla porównania – w takim stałym zespole gramy w Pandemic Legacy Sezon 1 – zaczęliśmy w styczniu tego roku, mamy wrzesień, a fabularnie w grze skończyliśmy dopiero partie czerwcowe… Nie ujmując samemu Pandemicowi, którego tryb legacy oceniam na bardzo dobry, staje się to frustrujące.

A jak mechanicznie?

Spotkałem się ze stwierdzeniem, że Zombicide to taka turlanka kostkami przy piwie. Z jednej strony ok – zasady nie są trudne i nie trzeba się niewiarygodnie zmóżdżać, aby rozwiązać misję. Z drugiej strony, zmienność celów wymaga jednak od graczy zaplanowania pewnej strategii, podejmowania decyzji długofalowych, jak i tych na tu i teraz. Wracając jednak do kostek – przeciwnicy losowości w grach mogą odczuwać (i to czasem całkiem spore) zdenerwowanie, kiedy kostki nie podchodzą i np. poświęcają całą swoją turę, żeby zabić jednego, pospolitego szwendacza. W jednej z partii miałem tak duży niefart, że przez całą grę, jedną z postaci udało mi się zabić raptem 5 zombich, mimo że mój krasnolud, wyposażony w dwa potężne młoty powinien siać spustoszenie w szeregach wroga. Albo innym razem 3 osoby próbowały wyważyć drzwi i zmarnowały na to w sumie 5 punktów akcji. Na tym jednak polega cały urok kooperacji – kiedy jednemu nie idzie, pozostali ruszają na ratunek (o ile nie zostawili biedaka samego w jakiejś lokacji 😛 ). Niefart w kostkach bardziej doskwiera mi np. w TIME Stories (które również bardzo lubię), szczególnie kiedy w jakiejś finałowej lokacji, przez złe rzuty kośćmi zawalamy cały skok i musimy powtarzać te same czynności od nowa. Jeśli jednak wpleciemy to wszystko w warstwę fabularną (w końcu nie każde pomieszczenie zawiera od razu np. smoczą żółć i pochodnię, które są niezbędne do zabicia abominacji) jesteśmy w stanie przełknąć tę niedogodność. Wszystko tak naprawdę zależy od nastawienia graczy i ich wejścia w klimat.

Scenariusze w Zombicide przewidziane są na 6 ocalałych – gracze dzielą między sobą bohaterów i kontrolują np. 2 lub 3, a przy partii solo wszystkich 6. Ze względu na podział postaci najlepiej zatem grać w 1, 2, 3 lub 6 osób, aby podzielić się sprawiedliwie. Mieliśmy również partie w 4 osoby, więc dzieliliśmy się nierówno i odczucia osób bawiących się tylko jednym bohaterem były trochę słabsze. Wszystko jednak zależy od nastawienia graczy.

Kolejnym ciekawym elementem w Zombicide jest to, że kiedy np. atakujemy zombie z dystansu (czarem, łukiem, kuszą etc.) i na tym samym polu stoi nasz sojusznik, a atak się nie uda – celem staje się właśnie bohater, który tam stoi. Ot, Baldric nie trafił błyskawicą w szwendacza, tylko w stojącą tam Ann. 😉 Przydałoby się, aby miała zatem jakiś pancerz i z sukcesem rzuciła kostką na obronę… 😉

Podsumowując, z niecierpliwością czekałem na polskie wydanie Czarnej Plagi i momentu, kiedy trafi w nasze ręce. Przyznaję, że się nie zawiodłem i czerpię przyjemność z każdej rozegranej rozgrywki, nawet kiedy kostki mi nie podchodzą, albo kontroluję tylko jedną postać, a inni po dwie. Kiedy już przejdziemy wszystkie 10, na pewno zainteresuję się Wulfsburgiem, który dopiero co pojawił się na rynku, również za sprawą Portalu. Kolejnych zombie do wykończenia nigdy za wiele. 😉

Plusy:

  • bardzo dobre wykonanie
  • klimat
  • proste zasady
  • zmienność celów i niektórych zasad w każdej misji
  • duża możliwość rozszerzeń przez fanowskie scenariusze, dodatkowe postaci etc.
  • w miarę szybki setup
  • brak konieczności rozgrywania wszystkich scenariuszy w tej samej ekipie graczy
  • bardzo fajnie i funkcjonalnie zaprojektowane podstawki na karty postaci, ich ekwipunek etc.

Minusy:

  • losowość czasem doskwiera i nie ma zbyt wielu możliwości na wpłynięcie na nią
  • zdecydowanie przydałoby się więcej kart początkowego ekwipunku i artefaktów

Wydawca: Portal
Liczba graczy: 1-6
Wiek: 10+
Czas gry: 60 – 180 minut


Nie bój się, komentuj! :)

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.