Siedzicie w ciasnym pokoju, wokół małego stołu, łypiąc na siebie spod przymrużonych powiek. Jest gorąco, klimatyzacja nie działa, wkrótce rozpocznie się finał Ligi Mistrzów, a przed Wami jedno, kluczowe pytanie: kto zabił?
Nikt z Was nie chce się wychylać, nikomu nie spieszy się z rozpoczęciem dyskusji – każdy chce, żeby to ktoś inny wskazał winnego, a Wy tylko przytakniecie i każdy rozejdzie się w swoją stronę. A nie tak powinni zachowywać się detektywi podczas ważnej sprawy!
Dlaczego więc udajecie, że Was tutaj nie ma, nieufnie obserwując innych i próbując wyczytać cokolwiek z pokerowych twarzy reszty, a jedyna osoba, która naprawdę wie, kim jest morderca, ma zamknięte usta?
Ponieważ mordercą jest jeden z Was!

Brzmi jak scenariusz dobrego filmu? A to tylko typowa scenka podczas gry w „Dochodzenie: Detektywi kontra morderca” od Lucrum Games.

W tym miesiącu sporo skupiliśmy się na grach z motywem detektywistycznym (Detektyw, Kroniki Zbrodni), w ubiegłym tygodniu pojawiły się recenzje dodatków do obu wyżej wymienionych tytułów, dlatego teraz, poniekąd kończąc wątek trzech dużych gier o tej tematyce (celowo pomijam Sherlocka, który wyszedł nieco później), które pojawiły się w niemal tym samym czasie, dzisiaj opowiem Wam o swoich wrażeniach z Dochodzenia (jakkolwiek by to nie zabrzmiało…) w największym gronie graczy, w jakim udało nam się do tej pory zagrać – 10 wspaniałych 😉

Dochodzenie, w porównaniu z Kronikami i Detektywem, ma najprostsze zasady (nie to, żeby obie wyżej wymienione miały ich jakoś przesadnie dużo) oraz zdecydowanie lżejszy klimat niż one. Owszem, tutaj też głównym zadaniem jest rozwiązanie zagadki, kto zabił oraz czym zostało dokonane morderstwo, jednakże w żaden sposób nie wpływa to na fakt, że mamy do czynienia z… lekką grą imprezową, bazująca na blefie i ukrytych tożsamościach!

Dlatego, o ile do Kronik czy Detektywa dość łatwo znaleźć chętnych współgraczy, tak z Dochodzeniem (pomimo chwytliwego tytułu) może być już różnie…

Mechanicznie gra jest prosta i szybka do wytłumaczenia (co jest standardem wśród gier imprezowych): gra składa się z trzech rund. Przed pierwszą rundą każdy z graczy otrzymuje losowy zestaw przedmiotów i dowodów obciążających (również przedmiotów), które układa przed sobą. Następnie rozdajemy każdemu z graczy kartę ukrytej tożsamości – w tym momencie gracz, który wylosował „technika śledczego” staje się mistrzem gry. Odkłada swoje karty przedmiotów, oddaje odznakę (dość istotny gadżet) i jego zadaniem będzie, bez używania słów, a jedynie dzięki korzystaniu ze specjalnych tabliczek, na których pojawiają się hasła z różnych kategorii (np: miejsce zbrodni, stan zwłok, przyczyna zgonu, co widział świadek, itd) naprowadzić śledczych na trop mordercy.
Zanim jednak zacznie naprowadzać, musi się dowiedzieć, kto jest tym mordercą.
I w tym momencie pojawia się fragment gry, z którym wielu graczy ma największy problem.
Wygląda to następująco:
Technik śledczy mówi – wszyscy zamykają oczy (to jest proste).
Technik mówi – morderca otwiera oczy (i tutaj zaczynają się schody, bo często otwiera oczy również świadek i ktoś „niechcący”, przez co trzeba całą grę rozpoczynać od nowa;)
Technik mówi – morderca wskazuje, czym dokonał zbrodni (i tutaj zaczyna się szuranie, wiercenie, trącanie łokciami i cały zestaw zagrań, którymi morderca sam siebie zdradza, wskazując dwie karty ze swojej puli).
Technik każe zamknąć oczy mordercy, po czym każe otworzyć oczy świadkowi i wskazuje (palcem, oczami, językiem – technika dowolna, byle nie w taki sposób, aby dowiedzieli się wszyscy, poza świadkiem – co czasami się zdarzało;) mordercę.
Po tej procedurze świadek zamyka oczy, na komendę technika wszyscy otwierają oczy i zaczyna się najważniejsza część gry – krzyki nad stołem, wzajemne oskarżenia, wyrzucanie sobie brudów i wpadek sprzed lat, mieszanie z błotem itd. (aż dziwne, że nie nazwano tej gry „Witajcie na Wiejskiej”…), a wszystko po to, żeby morderca jak najlepiej zbił z tropu detektywów, świadek nie ujawnił się za szybko, a technik, bez używania słów, a jedynie korzystając z tabliczek i sześciu znaczników podpowiedzi, w jak najlepszy sposób naprowadził graczy na trop mordercy.


Po tych wzajemnych krzykach, następuje moment, kiedy każdy z śledczych (w tym morderca in cognito, czasami razem ze wspólnikiem) ma chwilę, aby przedstawić swoją tezę i dowody na jej poparcie. Podczas tego fragmentu rundy każdy z graczy może również przekazać swoją odznakę technikowi i wskazać, kto jest mordercą oraz, co ważniejsze, jakim przedmiotem dokonano morderstwa i co było dowodem koronnym – jeśli poprawnie wskazał oba przedmioty, wygrali śledczy. Jeśli się pomylił, gra toczy się dalej, dany śledczy wciąż bierze udział w dyskusjach, ale już nie będzie mógł po raz kolejny wskazać przedmiotów.
Po pierwszej rundzie technik wymienia jedną z tabliczek kategorii (znaczniki podpowiedzi zostają na pozostałych pięciu tabliczkach, technik w tej rundzie położy znacznik tylko na tej nowej tabliczce), po czy dyskusja trwa nadal.
Jeśli do końca trzeciej rundy nie zostaną wskazane dwa prawidłowe przedmioty – wygrywa morderca.

Opisanie tych zasad zajęło mi więcej czasu niż wytłumaczenie tego przy stole – wbrew pozorom, Dochodzenie to szybka gra, dzięki czemu nigdy nie kończy się na jednej partii (podczas świątecznego spotkania wpadliśmy do znajomych ok. godziny 20:00 na 2-3 partie, a wyszliśmy o drugiej nad ranem, po kilkunastu partiach!).
Przy tym nie można narzekać na nudę i powtarzalność, bo talie przedmiotów i dowodów są dość pokaźne i rzadko kiedy powtórzy się u kogoś ten sam zestaw, a ponadto, jeśli znudzi Wam się podstawowa wersja gry, możecie wprowadzić tzw. zwroty akcji, które lekko urozmaicają całą rozgrywkę – a że nigdy nie wiadomo kiedy i jaki zwrot się trafi, dodatkowo podbija to emocje w grze!

Zawsze powtarza się, że grając w imprezówki w większym gronie, jest ciekawiej i więcej emocji. Dochodzenie dorzuca w tej kwestii dodatkowe smaczki – przy odpowiedniej liczbie graczy poza mordercą pojawiają się jeszcze wspólnik mordercy oraz świadek morderstwa (niedostępni przy grze 4-osobowej), którzy lekko zmieniają zasady gry – głównie świadek. Podczas partii ze świadkiem wśród graczy, w momencie poprawnego wytypowania mordercy, ten ma możliwość wskazania świadka! Jeśli wskaże prawidłowo, świadek zostaje zabity, a mordercy (i wspólnikowi) udaje się ujść bezkarnie!

Wykonanie gry, jak to w grach imprezowych, stoi na dobrym poziomie – karty są odpowiedniej grubości i z dobrego materiału, planszetki kategorii z grubej tektury (podobnie jak żetony odznak), jedynie znaczniki, którymi technik zaznacza podpowiedzi na planszetkach, w kształcie małych wibratorów, mało kojarzą się z Dochodzeniem… policyjnym 😉 domyślam się, że w zamyśle były to pociski z broni palnej, ale wyszło jak wyszło 😉

Z grami imprezowymi mamy dużym problem natury technicznej – nie mamy z kim w nie grać. Przez to, że gramy głównie we 2-3 osoby, rzadko kiedy w czwórkę, to tytuły typu DeCrypto, czy właśnie Dochodzenie: Detektywi kontra morderca, lądują na naszym stole od święta. Ale jak już lądują to ogrywamy je do upadłego. Nasi znajomi rzadko kiedy chcą grać w planszówki, dlatego tych kilkanaście partii pod rząd każdego wieczora podczas minionych świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocnych mówią same za siebie.
My z Kasią bardzo lubimy tę grę – jest w niej wszystko, czego potrzebujemy do dobrej zabawy: blef, ukryte tożsamości, proste zasady i szybkie partie.
Wiem jednak, że nie każdy lubi właśnie tego typu rozwiązania mechaniczne.
Dlatego, jeśli szukacie poważnej gry detektywistycznej – Dochodzenie nie jest dla Was.
Jeśli zaś lubicie wpuszczać ludzi w maliny, lubicie story telling, potraficie zachować kamienną twarz, a do tego szukacie czegoś w klimatach CSI – polecam Wam Dochodzenie całym sercem!
Żałuję tylko, że sam mam tak rzadko okazję w niego pograć:(

Grę do recenzji podesłało nam wydawnictwo Lucrum Games, za co bardzo serdecznie dziękujemy!


Nie bój się, komentuj! :)

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.