Bardzo lubię gry traktujące o Japonii, dlatego kiedy Agata zaproponowała mi napisanie recenzji Fudżi – nie wahałem się ani chwili! Tym bardziej, że jest to gra kooperacyjna, w które bardzo lubimy grywać z Kasią. Tyle, że szybko przekonaliśmy się o tym, że do Fudżi potrzebowaliśmy większej ekipy… Chociaż na pudełku widnieje zapis „2-4 graczy”!

Skoro już jesteśmy przy informacjach pudełkowych to warto wspomnieć, że Fudżi jest grą autorstwa Wolfganga Warscha (który chyba jest fanem Charles’a Xaviera i zdolności telepatycznych), w Polsce wydaną przez wydawnictwo Lacerta.

Zazwyczaj w tym miejscu zaczynam mówić ogólnie o moich wrażeniach z obcowania z daną grą, jednak w tym wypadku nie jest tak łatwo. Dlaczego? No cóż..

Fudżi jest grą trudną do zrecenzowania, ponieważ jest tytułem mocno specyficznym. Gdyby nie „warschowy” sposób kooperacji w niej zawarty, mielibyśmy do czynienia z prostą turlanką, w której staramy się przeżyć i dotrzeć do wioski, unikając wulkanicznej lawy, stopniowo zalewającej wyspę (a podobny motyw mieliśmy w Robinsonie😉 ) – co zapewne miałoby (kilku) swoich zwolenników, ale i tak większość powiedziałaby, że to „głupia losowa gra”.

Na (nie)szczęście autor ponownie (po the Mind) zmusza graczy do czytania sobie w myślach i komunikowania w taki sposób, aby nie zdradzić dokładnie tego, co wypadło nam na kościach, tylko zrobić to „na około”.


Tylko po co w ogóle mielibyśmy to robić, skoro to gra kooperacyjna i wszystkie informacje powinny być jawne?
No właśnie – powinny, ale nie są!
Kostkami rzucamy za parawanami, a ich wyniki są znane jedynie nam. Jest to o tyle istotne, że nasze wyniki mogą pomóc, ale najczęściej to zaszkodzić, naszym sąsiadom!

W jaki sposób?
Z powodu kolejnego nietypowego ficzera tej gry – mianowicie poruszania się po polach. Polami są karty (przepięknie zilustrowane!), losowo rozkładane zgodnie z wytycznymi konkretnego scenariusza, a na samych polach mamy wymagania (dotyczące kości – kolorów oraz wartości), które musimy spełniać, aby móc się na takie pole poruszyć.
Mało tego! Chociaż byśmy mieli wymarzone wyniki (naszym zdaniem) to musimy je dodatkowo porównać z wynikami naszego sąsiada po prawej oraz lewej – jeśli okaże się, że oni spełniają wymagania interesującego nas pola BARDZIEJ od nas, to my zostajemy na miejscu skąd mieliśmy się poruszyć i dostajemy karę w postaci zmęczenia! (A jak będziemy za bardzo zmęczeni – giniemy i gra się kończy).
Teraz połączcie sobie te wszystkie mechaniki – niejawne wyniki na kościach (przynajmniej do tej fazy rundy, w której odsłaniamy zasłonki i będziemy się poruszać) i dogadywanie się szyfrem oraz konieczność posiadania najlepszych wyników spełniających wymagania pola, na które się poruszamy…
Niezły bigos!

To właśnie sprawia, że Fudżi nie jest grą dla każdego – grałem w ten tytuł z trzema grupami. W jednej miałem graczy, którzy nie lubi gry nad stołem, dogadywania się itd – w ich rozgrywce dochodziło najczęściej do sytuacji typu „spoko, Wy se tam przerzucajcie, mi ten wynik pasuje i ja idę tam – a Wy sobie radźcie”.
W drugiej grupie były osoby, które bardzo dobrze czuły się w grze z kombinowaniem, wymyślaniem przeróżnych sposób, na dogadanie się szyfrem itd. – zagraliśmy kilka partii z rzędu, na coraz wyższym poziomie trudności!
W ostatniej grupie były wymieszane osoby z powyższych dwóch grup – grało się ciężko i była to mordęga, która ostatecznie zakończyła się sukcesem, ale wszyscy stwierdzili, że więcej zagrać w to nie chcą.

W tym miejscu warto wspomnieć o grze 2-osobowej. Posiadana ona dwa warianty – mniej lub bardziej losowy, ale oba sprawiają wrażenie dołożonych nieco na siłę. W jednym z nich widzimy połowę kości należących do trzeciego – wirtualnego gracza, druga połowa schowana jest za parawanem i ujawniamy ją dopiero w ostatniej fazie rundy, kiedy się poruszamy.
Drugi wariant każe nam posiadać 2 zasłonki – za jedną rzucamy własnymi kostkami, a za drugą rzucamy połową kostek trzeciego gracza (jest on też fizycznie reprezentowany przez meepla na planszy), co sprawia, że jeszcze bardziej musimy kombinować w dogadywaniu się co do kości swoich oraz tej dodatkowej postaci – to wersja dla masochistów 😉
Najprzyjemniej grało nam się w 3 graczy.

Trudno jednoznacznie ocenić Fudżi. Specyficzne zasady dotyczące poruszania się oraz dogadywania nad stołem sprawiają, że nie każdy będzie się przy niej bawił dobrze. Dodatkowo losowość potrafi naprawdę dać w kość – nie tylko w kwestii rzutów i przerzutów, ale też przy rozkładaniu kart planszy, jeśli ułożą się nam koło siebie kafle posiadające podobne warunki do wejścia…
Natomiast osoby, które lubią tego typu wyzwania będą się przy niej naprawdę dobrze bawić – gra jest bardzo regrywalna dzięki wspomnianej wyżej losowości przy rozkładaniu mapy, do tego w grze jest kilka scenariuszy do wyboru, spory zapas przedmiotów, które mają nam pomóc przetrwać oraz zróżnicowane „klasy” postaci posiadające własne, unikatowe zdolności. Do tego możemy wybrać poziom trudności, aby ułatwić lub utrudnić sobie grę!
Do tego klimatu uraczymy w niej tyle, co nic. Zamiast skupiać się na przepięknych ilustracjach na kartach, staramy się tak przemieszczać po planszy i modlimy o uzyskanie takich wyników na kościach, które nam pomogą, a nie zaszkodzą innym.

Jeśli miałbym się jeszcze do czegoś przyczepić to wykonanie niektórych elementów – zwłaszcza fatalnie dobrane kolory kości. Może nie tyle kolory kości, co kolor oczek na poszczególnych ściankach w kostkach np zielonych – przy gorszym świetle są one mało czytelne. Do tego samo pudełko z grą (chociaż i tak jest węższe niż standardowo) to i tak mogłoby byś o wiele mniejsze – wystarczyłoby zrobić inaczej składane zasłonki graczy i składany tor zmęczenia – resztę zawartości pudełka stanowią kwadratowe karty, trochę żetonów i kości dla graczy.

Ja Fudżi lubię, Kasia nienawidzi. I to najlepiej obrazuje, jaka jest ta gra. Miłośnicy takich wyzwań będą bardzo zadowoleni, reszta odbije się dość boleśnie.
Żeby nie było – ostrzegałem 😉

Gdzie kupić Fudżi? Sprawdź TUTAJ. 😉


0 Komentarzy

Nie bój się, komentuj! :)

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.