Let’s play music and rock’n’roll!

Kto z nas, będąc młodym i zbuntowanym, nie wyobrażał sobie podczas jazdy na rowerze, że dosiada pięknego, stalowego rumaka, którego pomruk stawia na nogi całą okolicę, a dziewczyny oglądają się za nami? Ciemne okulary, chusty z czaszkami, skórzane kamizelki ze stylowymi naszywkami – wielu z nas marzyło o tym, by w przyszłości posiadać swojego własnego Harley’a, na którym będziemy przemierzać cały Świat i przeżywać różne przygody. Niektórym się to udało, ci zaś, którzy nie mieli tyle szczęścia (i kasy), mają możliwość ponownie wcielić się w członków gangu motocyklowego i walczyć o wpływy w mieście Charming, znamy z serialu „Sons of Anarchy”.

Wydawnictwo Gale Force Nine znalazło sobie własną niszę w wielkim Świecie planszówkowym – tworzą gry na podstawie seriali: „Firefly”, „Spartakus” i recenzowany właśnie „Sons of Anarchy: Man of Mayhem”.

„Synowie…” są grą z gatunku dudes on map, przeznaczoną dla 3-4 graczy, w wieku co najmniej 13 lat. Drobnym minusem może być to, że grę można dostać jedynie w języku angielskim, jednakże jest ona niemal niezależna językowy, więc wystarczy, aby jedna osoba zapoznała się z instrukcją i wytłumaczyła zasady, a reszta graczy bez problemu poradzi sobie z rozgrywką.

A o co w niej chodzi?

Każdy wciela się w członków jednego z czterech gangów, znanych z serialowego pierwowzoru (Samcro, One Niners, Mayans oraz Lin Syndicate): otrzymujemy planszę klubu (na grubej tekturze), zasłonkę z symbolem naszego gangu oraz dziesięciu kolesi – 5 członków na motocyklach oraz 5 prospektów, którzy dopiero starają się o to, aby zostać pełnoprawnymi członkami.

W centralnym miejscu rozkładamy miasto, zbudowane z 11 grubych kafli miejscówek charakterystycznych dla Charming. Pięć z nich jest zawsze taka sama (m.in.posterunek policji, szpital z ostrym dyżurem), kolejne są losowane z dość pokaźnego stosu, co sprawia, że za każdym razem mamy dostęp do innych obszarów, z których możemy czerpać profity.

Przez sześć rund wydajemy (po kolei) rozkazy, każąc naszym kolesiom przemieszczać się po mieście i czerpać wpływy z interesujących nas lokacji. Jednakże, aby móc ów wpływ czerpać, musimy być jedynym gangiem w danym miejscu, co często doprowadza do zadymy. Możemy wtedy przywołać posiłki z innej (ale tylko jednej!) miejscówki, aby mieć większą siłę perswazji. Podczas zadym możemy korzystać z broni palnej, ale musimy pamiętać o tym, że po strzelaninach wzrasta poziom zainteresowania policji naszym gangiem, co wpływa niekorzystnie na sprzedaż kontrabandy na czarnym rynku. Dlatego wszystkie spory najlepiej załatwiać po męsku, kosą w plecy. Ranni gangsterzy trafiają na ostry dyżur, a reszta z podkulonym ogonem ucieka do swojego klubu, aby tam odpocząć i planować zemstę. Warto wtedy awansować prospekta na pełnoprawnego członka (dając mu gnata i kasę, aby nie szedł w świat goły i bosy), a na jego miejsce zwerbować kolejnego prospekta. Czasami warto nic nie robić i wydać rozkaz przyczajenia się i obserwowania poczynań konkurencji.

Przegoniliśmy konkurencję, więc możemy skorzystać z profitów oferowanych przez daną miejscówkę. Jakie to profity? W zależności od charakteru miejsca, możemy: kupić gnaty, sprzedać gnaty, wymienić gnaty na konrtabandę, wziąć coś za darmo, ukraść innemu gangowi spluwy lub kontrabandę, obniżyć sobie (lub powyższyć innym) poziom zainteresowania policji, ukraść odznakę pierwszego gracza, dać w łapę doktor Karen, aby uleczyła naszych rannych kolesi, etc.

Gdy wydamy już wszystkie rozkazy, możemy nieco pohandlować na czarnym rynku, aby zgarnąć jeszcze więcej gotówki.

Czasami na koniec rundy spotyka nas coś bardzo nieprzyjemnego (np. Gang o najwyższym poziomie zainteresowania policji musi poświęcić któregoś z członków, wtedy on bierze na siebie całą winę, idzie do paki, a policja przestaje się nami interesować), jednakże dostajemy o tym cynk odpowiednio wcześniej, aby móc się do tego przygotować.

Gra kończy się po sześciu rundach, wówczas gang, który posiada najwięcej hajsu wygrywa.

„Sons of Anarchy: Men of Mayhem” jest dokładnie tym, czego się spodziewamy. To ostra rywalizacja o wpływy, częste zawiązywanie sojuszy, w celu stłamszenia największego kozaka, co finalnie i tak skończy się zdradą i wojną gangów. Klimat wylewa się z pudełka od samego początku. Instrukcja, pełna kadrów z serialu, napisana jest prostym językiem i dobrze tłumacząca zasady (choć nie obyło się bez kilku niedomówień). Kafle miasta wykonane są z grubej, solidnej tektury, a miejscówki zostały żywcem przeniesione z planu serialu, co dodatkowo pozwala się wczuć w klimat. Niestety, ich kształt dość niefortunnie kojarzy się z podstawkami pod piwo, przez co czasami mogą za nie posłużyć, dlatego warto na nie uważać:) Kafli mamy naprawdę dużo, a podczas rozgrywki korzystamy jedynie z 11 (z czego 5 jest zawsze takich samych), co wpływa na regrywalność. Ponadto do każdej rozgrywki losujemy 15 kart „anarchii”, na których pojawiają się dodatkowe (tymczasowe) miejscówki, utrudnienia dla gangów, czasami ułatwienia, a także jedna z faz gry, zwana „the last call”, podczas której właśnie przeważnie spotyka nas coś bardzo złego (jak np. Nalot DEA).

Każdy gang, o czym wcześniej już wspomniałem, otrzymuje planszę klubu, zasłonkę (za którą ukrywamy ilość hajsu, gnatów i kontrabandy) oraz początkową liczbę członków, prospektów i rozkazów, a także kostkę k6 służącą do walki. Można by się przyczepić, że wszyscy członkowie oraz prospektci wyglądają identycznie, a jedynie różnią się kolorami dla poszczególnych gangów, ale to niewielki mankament. Warto natomiast zwrócić uwagę na inną rzecz: plansza klub jest dwustronna. Po jednej stronie wszystkie kluby mają identyczne statystyki bazowe i żadnych specjalnych umiejętności, a jedynie opis działań, które możemy wykonać. Druga strona natomiast (high octaine) wprowadza asymetryczność gangów. Są to bardzo ciekawe smaczki, również nawiązujące do serialu, przykładowo Samcro, gdy sprzedaje broń, otrzymuje dodatkowy hajs, ale początkowo nie posiada narkotyków (kontrabanda), a Ninersi nie muszą wydawać dodatkowych rozkazów na werbowanie posiłków podczas zadym. Mała rzecz, a cieszy.

Na koniec muszę wspomnieć o najmniejszych elementach gry, ale robiących największe wrażenie: plastikowe pistolety, walizki wypchane nielegalnym towarem i banknoty! To wszystko dostajemy do ręki, możemy się bawić, mierzyć do siebie z broni, podawać sobie walizki i przekupować kasą, która wygląda jak prawdziwa gotówka! Miodzio!

Reasumując:

„Sons of Anarchy: Men of Mayhem” to bardzo przyjemna gra o tematyce gangsterskiej. Otrzymujemy w niej dokładnie to, czego oczekujemy. Mechanika jest prosta, zabawa przednia, a jeśli dodatkowo puścimy sobie w tle soundtrack z serialu, faktycznie możemy poczuć wiatr we włosach, ryk silników i huk strzelanin.

Ktoś chętny na zadymę?


1 Comment

GRY PLANSZOWE W PIGUŁCE #1010 - Board Times - gry planszowe to nasza pasja · 23 sierpnia 2017 o 16:14

[…] Board Game Addiction czuje wiatr we włosach w Sons of Anarchy – Men of Mayhem. […]

Nie bój się, komentuj! :)